Blues Alive

Materiał przygotowała prowadząca Klub Rozmaitości Kulturalnych PEGAZ
Zofia Dytko

OPOWIEŚĆ WIELKANOCNA

Zapraszam do współuczestnictwa  w wędrówce tropami dawnych tradycji i obyczajów - po to, aby zrozumieć i docenić polską tradycję. Jest ona integralna częścią naszej historii i kultury, więc musimy chronić ją od zapomnienia.

Uświadamiamy sobie jak bardzo mocno tkwił dawny człowiek w przekazywanych przez tradycję wzorcach, zwyczajach i obrzędach. To one były nosicielami norm etycznych, wyznaczały porządek, podpowiadały gotowe formy świętowania i wypoczynku. Zaś zwyczaje i obrzędy rodzinne przypominały kiedy i jak obchodzić najważniejsze chwile życia. Tradycja stała na straży moralnego ładu, uczyła etycznego postępowania. Bez zwyczajów i obrzędów nie może się obejść żaden człowiek, żadna grupa ludzka. Od przestrzegania nakazanych tradycją zachowań zależy nie tylko dobro jednostki, ale i całej społeczności. Tradycja mocno ujawnia się w obrzędach dorocznych. Widoczna jest współpraca wspólnoty lokalnej, a także pojedynczego człowieka.

Najbardziej charakterystyczne są dla Górnego Śląska zwyczaje i obrzędy wiosenne, ponieważ w nich zachowało się najwięcej zjawisk reliktowych, od bardzo dawna zakorzenionych w kulturze rodzimej. Obrzędy te są silnie związane z wierzeniami agrarnymi, hodowlanymi. W okresie wiosennym wszystkie one podporządkowane są procesowi „czyszczenia” - szeroko pojętemu, a więc w znaczeniu dosłownym, przenośnym i sakralnym.

Wielki Post to okres surowej ascezy. Dawniej, we wczesnych wiekach średnich nikt nie odważyłby się w tym czasie głośno śpiewać, tańczyć, jeść bez umiaru i zażywać uciech cielesnych.

W 1248 roku Synod Wrocławski zadecydował, że Wielki Post rozpoczyna się od Środy Popielcowej. Było to poniekąd zgodne z dawnymi prasłowiańskimi praktykami, według, których nie wolno było składać bóstwom jakichkolwiek ofiar bez wcześniejszego oczyszczenia. To zaś znaczyło ascezę i Wielki Post, który rozszerzał się w wiarę chrystianizacji. Jeśli jeszcze w II w. trwał 40 godzin to już w wieku III cały tydzień, a w wieku IV 40 dni, a od XII w. post trwa 6 tygodni. Jeszcze za panowania Bolesława Chrobrego za nie dotrzymanie postu groziła kara wybicia zębów - i jak pisał znany historyk kultury Łukasz Gołębiowski - mogła przyjść szperchotka,  czyli spersonifikowane świdry, które z żołądka wydobywały jadło. Lud był przekonany, że największym grzechem było nie dotrzymanie postu.

Oskar Kolberg - zbierając materiał dotyczący kultury ludowej wszystkich regionów, zwrócił uwagę na to, że w Środę Popielcową „pospólstwo odprawia tak zwane popłuczyny, czyli pije po szykowinach, jakby ostateczne spłukanie zbytków zapustnych”. Możemy to łatwo zrozumieć (poprawiny weselne, żeby się nic nie zniszczyło. Pamiętać trzeba , że to co było na stałe stanowiło własność całej społeczności wiejskiej).

W czasie Postu potrawami codziennymi były pogańskie krupy czyli kasza gryczana, kapusta, kwas z kiszonej kapusty, gorzka kawa zbożowa, zacierka i żur.

Powszechnie stosowanym wejściem w czas postu było posypywanie głów popiołem, na pamiątkę słów Starego Testamentu: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Popiołowi przypisywano dawniej moc oczyszczającą, ponadto wierzono, że może on spowodować płodność, a u mężczyzn potencję. Znana była czynność zbierania popiołu ze Środy popielcowej na pola, posypywano nim nie tylko sadzonki, ale również wsypywano do worków zboża, które przeznaczone było na siew. Każdy porządny człowiek wspólnoty lokalnej, musiał iść do Kościoła posypać głowę popiołem. W górnośląskich domach w Środę Popielcową używano garnków, w których przedtem nigdy się nie gotowało niczego tłustego, a w rodzinach biednych wówczas odbywało się tzw. wyparzanie garnców, aby nie było w nich żadnych pozostałości tłuszczu.

Post pojmowano dosłownie. Na stole pojawiał się na Śląsku żur. Zupa ta była potem, tuż przed Wielkanocą, w środę, czwartek, piątek , a niekiedy w sobotę Wielkiego Tygodnia, palona, grzebana, topiona, niszczona, gdyż zbliżał się czas upragnionej szynki i jaj.

W Niedzielę Palmową przypadał czas święcenia gałązek wierzbowych czyli palm. Zwyczaj związany był  z pogańskimi wierzeniami, według których to właśnie gałązki wierzbowe były symbolem życia. Mocno wierzono, że  jeśli się kogoś nimi uderzało, dawało mu to zdrowie i siłę. Praktyką ogólnie stosowaną było połykanie bazi, co miało być skutecznym remedium na ból gardła i przeciwdziałać wszelkim jego chorobom. W interpretacji chrześcijańskiej - święcenie palm jest pamiątką wjazdu Chrystusa do Jerozolimy.

Topienie Marzanny

Zwyczaje i obrzędy polegające na wyrzucaniu zła, zimy, choroby i zdrady występują w kulturze ludowej często. Odzwierciedlają one potrzebę zasadniczej odnowy, oczyszczenia się. Potrzeba była tak silna, a grzechy oraz nieszczęścia tak ludziom ciążyły, że większość zwyczajów i obrzędów skupia się właśnie na rytualnym niszczeniu wszelkiego zła. Upostaciowione jest ono jako słomiana kukła, którą może być Marzanna, Marzaniok, Judasz czy wcześniej niedźwiedź. Zło - w zależności od subregionu Śląska - wypędzano w różnoraki sposób. Czasem czyniono to za pomocą krzyku, hałasu czy gwizdu. Sporządzano w tym celu klekotki, blaszane bębny i różne urządzenia. Kukła przedstawiała i symbolizowała zimę, zdradę, choroby i wszelkie zło. W niedzielę marzanią, czyli w czwartą niedziele pasyjną dokonywał się obrzęd topienia Marzanny. Obecnie jest to dzień 21 marca, czyli powitanie wiosny.

Jan Długosz pierwszy wydobył źródła czeskie, synodalne i w oparciu o nie zbudował całą koncepcję słowiańskiego pochodzenia obchodu.

Według Alberta Brücknera zwyczaj miał przywędrować do Polski z Czech. „Otóż ten obchód ,ograniczony u nas do Śląska i Wielkopolski, przywędrował w wieku XIV na Czechy z Frankonii i Norymbergi, gdzie szczególnie kwitł”. Wywód swój wsparł najstarszym źródłem historycznym, mówiącym o występowaniu obrzędu marzanny, a mianowicie rozporządzeniami Synodu Praskiego.

Z kolei Zofia Staszczak, etnolog z Poznania, podkreśliła, iż jest to zwyczaj najbardziej popularny na Śląsku, zwłaszcza Śląsku Opolskim.

W roku 1842 Józef Lompa zapisał: „Słyszałem, że w Bobrownikach, Piekarach, wsiach za Tarnowskich Gór jeszcze Marzannę wyniosą, a Dziewannę wniosą”.

Oskar Kolberg, który co prawda nigdy na Śląsku nie był, ale którego bardzo interesowały zwyczaje i obrzędy tego regionu przytacza przesłany mu tekst z okolicy Głogówka. Tekst ten pochodzi z zapisku niemieckiego podróżnika Szmerpfeila z końca XVIII w. śpiewano go topiąc marzannę:

„Śmierć się wije u płotu

Szukający kłopotu”.

Więcej danych przekazał Lucjan Malinowski - dialektolog, który pisał ze Śląska Opolskiego w 1869 roku w liście do przyjaciela „Zapomniałem Ci przódy donieść o nader ważnym odkryciu jakie zrobiłem dla mitologii słowiańskiej  i w ogóle indoeuropejskiej. To jest obrzęd dotąd w całym prawie Śląsku zachowany -  topienia marzanny. Mam opis tego w wielu wsiach”. Tu następuje dokładny opis topienia Marzanny, wnoszenia gaika oraz tekstów śpiewu. Przyczyniając się do ich utrwalenia. W większości wsi słomiana kukłę, ubraną w strój śląski zatykano na wysokiej żerdzi. Następnie przy śpiewie, wciąż aktualnych przekazów, w których refren był tylko taki sam: „Marzanka rosła, aże urosła” wnoszono kukłę poza granice wsi, a potem wrzucano ją do wody, topiąc w ten sposób w rzece lub stawie - upostaciowioną śmierć, zimę, choroby i wszelkie zło. W niektórych częściach Śląska, topienia marzanny oraz chodzenie z zielonym gaikiem było jednym zwyczajem, składającym się z dwóch etapów. Po pożegnaniu zimy - a więc marzanny - wracano do wsi z wiosną (gaikiem) i śpiewano: „Wynisłychmy marzaneckam ze wsi. Przyniosłychmy zielony gaj do wsi”.

W Dobrzyniu i Siołkowicach oba te zwyczaje nałożyły się na siebie, tworząc jeden nowy. Oprócz kukły umocowano na wysokiej żerdzi (gaiku) lachę, którą wystawiano w oknie domu już w sobotę przed marzanią niedzielą, oznajmując w ten sposób o nadchodzącej wiośnie. Prócz kukły przedstawiającej marzannę , kobiety żegnały marzynioka. Był to symbol nie tylko zimy i chorób, lecz przede wszystkim alkoholizmu, który przez cały XIX w. szerzył się nadal na Śląsku. Niewiasty gromadnie wypędzały te najbardziej dokuczliwą chorobę męską. W kieszeni męskiej kukły umieszczano butelkę wody, a do ręki wkładano kieliszek.

Korowód koniecznie musiał przekroczyć granicę wsi - szło, przecież o to by „zło” wypędzić poza granice gminy i własnej społeczności lokalnej.

Marzania niedziela uchodziła za dzień pechowy. Wierzono, że tym dniu łatwo się utopić (Siołkowice), ponieważ demon wody - utopiec - ma wtedy szczególna moc, nad mieszkańcami wsi. Wówczas nie powinno się także chrzcić dzieci. Jeśli w trakcie prowadzenia marzanny przez wieś , kukła lub lalka na żerdzi zajrzałaby komuś do okna, zapowiadało to rozmaite nieszczęścia , a nawet śmierć. Toteż dzieci i młodzież noszącą kukłę obdarowywano słodyczami, aby kukła nie miała „chęci” zajrzenia w okno ofiarodawców.

Z kolei w Raciborskiem pominięcie jakiejś zagrody w trakcie obnoszenia marzanki było traktowane jako obraza. Często też zamiast pieśni o marzannie śpiewano o świętym Jerzym, który ziemię otwiera, aby trawa rosła.

Ksiądz Andrzej Hytrek pisze: że do 1782 roku marzannę topią, a 1879 obrzęd powitania wiosny z gaikiem w roli głównej jest odrębnym obrzędem. Gałązki gaika wtykano do drzwi stodoły, stajni w różne miejsca domu, gdyż wierzono, że są one dobrym środkiem zabezpieczającym przed złem, czarownicą, gradem i piorunami.

Oba te obrzędy występowały nie tylko na Śląsku , ale i na Morawach oraz w Czechach. Dowodzi to ich wspólnej proweniencji.

Najwięcej zwyczajów skupionych jest wokół Wielkiego Tygodnia. Otwiera je tzw. żurowa strzoda (środa). Nazwa pochodzi od wspomnianego już wcześniej żuru, który stał się na Śląsku potrawą regionalną. W tym dniu palono wszystkie stare szmaty, śmieci, zużyte miotły i wszelkie brudy. Palenie śmieci nazywano na Śląsku Opolskim, paleniem żuru. Zwyczajowo brano stare, zużyte szmaty - nasycano je naftą, smołą lub żywicą i zapalano na wysokich żerdziach. Chłopcy wsadzali do mioteł, żerdzie, aby pochodnia była wysoka i biegali z nią po polach, pagórkach, wzgórzach oraz dąbrowach. Żurem, czyli ową zapaloną pochodnią należało uderzyć w ziemię i nakazać jej, aby dobrze rodziła. Na ogół wołano przy tym: „Żur pola - buchty wola”., „ Co krok - to snop”, „Co stopa - to kopa”. Najcenniejszy opis palenia żuru pochodzi ze Śląska Opolskiego z 1879 roku, a utrwalił go wspomniany już wcześniej ks. Andrzej Hytrek.

W Krakowskiem istnieje zwyczaj grzebania żuru. Żur jako skisła polewka tak się ludziom sprzykrzył, iż w Wielką Sobotę urządzano mu pogrzeb, za to, że przez „sześć niedziel panował nad mięsem morząc żołądki ludzkie słabym posiłkiem” - pisał w XVII w. Jędrzej Kitowicz.

Wielki Czwartek jest silnie związany z obrzędami religijnymi, z pamiątką Męki Pańskiej. W tym rozpoczyna się tzw. palenie Judasza, czasem topienie czy wypędzanie Judasza. Słomiana kukłę, wyposażoną w 30 szkiełek symbolizujących 30 srebrników, nazywano Judaszem, a za zdradę Jezusa, albo zrzucano ją z wieży, albo topiono lub wypędzano za granice wioski. Najstarsi ludzie przypominają sobie, że w czasie korowodu śpiewano:

Judasie, Judasie

Przeklęty zdrajco Pana swego

Na coś ty go sprzedoł Jezusa niewinnego

Kiejbyś go był sprzedoł

Najświętszej panience Byłaby ci dała Srebrników i więcej.

W Wielki Czwartek wiązano dzwony , a ich głos zastępowały kołatki, klekotki czy klepaczki.

Klekotkami tymi oznajmiano ludziom we wsi, że nadchodzi korowód Judaszowy.

W tym dniu w wielu domach śląskich - tak jak w Wielki Piątek zasłaniano lustra, zatrzymywano zegary, niemal tak, jak gdyby umarł ktoś z domowników. Niektórzy już w Wielki Czwartek zakładali czarna odzież. Nie wolno było tego dnia do drugiego Święta Wielkanocy wykonywać żadnych ciężkich prac polowych, a szczególnie zabronione było wywożenie obornika. Nogi winno się nacierać popiołem, czasem natrzeć je tłuszczem. 

W tym dniu odbywało się w śląskich domach tzw. rytualne mycie nóg rodzicom i starszym (opolskie). Wykonywały to dzieci, które w zamian otrzymywały łakocie. Czasem do miednicy z wodą wrzucano dziecku monetę jako wyraz wdzięczności za czynność mycia nóg. Nóg się nie wycierało. Nogi musiały same obeschnąć, gdyż wierzono, że to dla zdrowia lub tez uważano, iż postepowanie takie zabezpiecza przed wszelakim złodziejstwom (Gogolin). W niektórych śląskich wsiach odbywało się rytualne mycie całego ciała, czasem zaś udawano się  z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek do Piekar czy do Klasztoru, Górę Świętej Anny, aby tam w sanktuariach przy modlitwie i pieśniach poddać się rytualnemu myciu całego ciała.

W Krapkowicach na Śląsku Opolskim zapalano ogniska i wrzucano do nich kartki z grzechami, wierząc, że w ten sposób niszczy się własne złe nawyki i co ważniejsze jest to znakomita okazja do oczyszczenia się po to, żeby zacząć życie od nowa c.d.n.


W Wielki Piątek o świcie, kto tylko mógł ten spieszył na tzw. cedron, czyli na zwyczajowe obmywanie całego ciała w najbliższej rzece czy potoku. Wierzono, że zabieg ten ma uzdrawiającą siłę, przeciwdziała chorobom zwłaszcza liszjom, owrzodzeniom i innym schorzeniom skóry. Również i w tym wypadku nie wolno było się wycierać, gdyż woda miała sama obeschnąć - wydarzenie to wykonywane było na pamiątkę tego, że Pan Jezus mocno się pocił, na Drodze Krzyżowej, a żoden mu czoła nie wytarł (Gogolin).
W tym dniu aktywizowały się dawne wierzenia. Np. wierzono, że: odciski z nóg odpadną, jeśli o świcie boso będzie się gnój deptać, a woda na kilka sekund zamienia się w wino, trzeba tylko wiedzieć kiedy to nastąpi. Pod żadnym pozorem nikomu w tym dniu nie należy pożyczać pieniędzy, gdyż można stracić szczęście, należy się ze wszystkim bardzo ostrożnie obchodzić, ponieważ zło czyha tylko na człowieka.
Wielki Piątek pisze w 1879 roku wspomniany już wcześniej ks. Hytrek iż dzień jest świętem małych dziatek. Rodzice i starsze rodzeństwo prowadzą dzieci do „Bożego Grobu” do całowania Krzyża. Kiedy dziecko Krzyż całuje kładą obok niego dla niespodzianki jajko malowane lub inne bawidełko. W ten dzień przed kościołem ustawiają zawsze pełno straganów z różnymi Łakociami i przedmiotami. Gromadnie przybywają handlarze na place kościelne z różnorakimi straganami. Gospodarzom ułatwiało to zakupy, zaś dla dzieci, dodatkowy bodziec, że by chętniej iść do kościoła i ucałować Krzyż. W tym dniu ludność opolska wierzyła, że o północy zakwitnie paproć.
Piotr Przywara mieszkaniec Opolszczyzny tak napisał: Zielsko leśne nie wiele , albo nic nie Warte, ale piękne. Szczyci się od dawien, dawna sławą czarodziejską, przede wszystkim jej kwiatem. Nikt w prawdzie tego kwiatu nie widział, ale być musi. Pisząc o skarbach zakopanych w podziemiach podkreślił, że „co sto lat tylko w Wielki Piątek o północy można go zobaczyć i bardzo goreje, bo to pieniądze zakopane gorą”, (palą się).
Wielka Sobota znana jest głównie ze święcenia pokarmów i ognia. Pod koniec XIX w. od ognia poświęconego w Wielką Sobotę zapalano ogień w domowych piecach. Głowianki zapalane nad Wielko Sobotnim ogniem szczapy drewna, wykorzystywane były do robienia małych krzyżyków, które następnie wnoszone były na pola, aby grad nie czynił plonom szkody, zatykano je również w szczelinach dachów, w rogach stodół - co by wicher dachu nie zrywoł (Dobrzyń Wielki).
Młodym trudno było tak długo utrzymać tradycyjne i nakazowe poszczenie. To też w niektórych wsiach młodzież urządzała wielkie, widowiskowe pogrzeby zwane grzebaniem śledzia i żuru (Grzegorzowice). Z Wieszowej koło Toszka pochodzi opis pogrzebu śledzia i żuru. Gdy śledzia pogrzebano, polewano go żurem, zaś gliniane naczynie, stanowiło swoisty nagrobek. Dopiero po wylaniu żuru rozwalano garniec, tłukąc go na tyle drobnych kawałków, ilu chłopców uczestniczyło w pogrzebie. Każdy uważał za swój obowiązek przyniesienia do domu cząstki stłuczonego garnca, na znak widomego zwycięstwa nad śledziem i żurem. Równocześnie w tym dniu święcono potrawy: chleb, sól, jaja, wędzonki, wędliny, chrzan i dorodnego, upieczonego baranka.

Wielkanoc

Wczesnym rankiem w Niedzielę Wielkanocną wszyscy mieszkańcy udawali się na rezurekcję. Nikogo nie mogło tam brakować ze swojej społeczności. Po zjawiskowym wschodzie słońca, prze świętnej Rezurekcji udawano się do domów, gdzie cała rodzina zasiadała do uroczystego śniadania.
Na stole oprócz jajek, szynki, wędlin i innych specjałów pobłogosławionych wcześniej musiał być także koniecznie chrzan, który miał upamiętnić pojenie Chrystusa przed śmiercią żółcią. Chrzan musieli spróbować wszyscy domownicy nawet dzieci.
Niemieckie źródła etnograficzne (z 1903 r.) podkreślały, że rolnicy na Górnym Śląsku zjadali chrzan całymi łyżkami, gdyż widzieli w nim symbol cierpienia Chrystusa. Skorupki z jaj wszystkie zbierano i zakopywano w polu, ponieważ miały posiadać moc odstraszania kretów i gadów.
W Niedzielę Wielkanocną powszechną kiedyś zabawą wielkanocną u mężczyzn, a głownie męskiej młodzieży, było tzw. kulanie jajec.
Józef Lompa pisał, że był to zwyczaj słowiański i staropolski. Tworzono z desek pochylnię, a w ziemi wykopywano wgłębienie, czyli duckę. Po desce kulano do ducki jajka. Wygrywał ten, który wkulnął do nie najwięcej jajek. Najstarsza, historyczna wzmianka śląska o tej, niegdyś bardzo popularnej zabawie pochodzi z 1454 roku. Jest to dokument w którym mówi się o tym, jak to sołtys z Pawłowic pod Olesnem otrzymał od władz przywilej urządzania specjalnego placu na wspomniane kulanie jajec.
Zapis ten uznać można za dowód powszechności tej zabawy.
W poniedziałek Wielkanocny jak w całej Polsce na czoło zwyczajów wysuwa się Śmigus - Dyngus ( W gliwickiem - śmirgust, w Pródnickiem - sikacz).
Niemiecki Badacz Średniowiecza Jan Klapper pisze, że według starosłowiańskiego zwyczaju wieku XV polskie słowo śmigać, znaczyło „bić rózgą wierzby dla płodności” stąd późniejszy Śmigus, Dyngus, według niego znaczyło „polewać kogoś wodą”, za co należało się oblewającego obdarować jajkami. Młodzi chłopcy jak wiemy przechodząc przez wieś z wiadrami pełnymi wody lali nią napotykane lub też już wybrane dziewczyny. Im dziewczyna była bardziej mokra tym większym cieszyła w danej wsi powodzeniem. Za oblanie należał się dar. Były nim z reguły pięknie ozdabiane jajka. Jajka były barwione naturalnym środkami (cebula, pęd młodej pszenicy, kora dębu, olchy, brzozy).
Często jajka te nosiły napisy, które już dużo wcześniej przygotowywały dziewczęta do swoich kawalerów np.

Kogo miłuję
temu jajeczko daruję.

Gdybyś mnie kochał i miłował
Zamiast cedra wody
Kwiat byś darował.

W niektórych wsiach śląskich dziewczęta uderzały chłopców rózgą wierzbową, aby byli zawsze młodzi, mocni i zdrowi.
Zwyczajem zachodnim choć pogańskiego pochodzenia, było - i gdzie nie gdzie nadal jest - szukanie zajączka. Polegał on na tym, że dorośli chowają na łące, w krzakach , w polu koszyczek ze słodyczami. Dzieci muszą go same znaleźć i w tym cała ich radość. Zając był od dawna symbolem wiosennego rozpłodu, stąd to on rozdaje dzieciom niespodzianki.
Jednym z najstarszych zwyczajów na Górnym Śląsku były i są nadal wielkanocne procesje konne. Według Franciszka Rosińskiego, geneza ich sięga czasów przedchrześcijańskich w których już urządzano konne objazdy pól. Im głębiej w lud wchodziło chrześcijaństwo tym bardziej zwyczaj wrastał, jako istotny element, w obchody wielkanocne. Na Górnym Śląsku występował on w okolicach Gliwic, Raciborza, Rybnika, Olesna, Sternalic, Kluczborka i Nysy.
Na Łużycach i w okolicach Nysy obchody konne zwano już wtedy procesjami, przypadały na Niedzielę Wielkanocną, a na Górnym Śląsku natomiast odbywały się w Poniedziałek Wielkanocny.
Ich głównym celem była prośba do Boga o urodzaj co w dawniejszej kulturze agralnej było niezwykle ważne.
Istniały przekazy ludowe mówiące o tym, jak w jednej wsi zapomniano o procesji konnej, a więc o objeżdżaniu pól i modlitwie o plony. Rezultat był niemal natychmiast widoczny. Z nieba spadł taki grad, że zniszczył cały zasiew. Od tego czasu gospodarze nie zapominali o objeżdżaniu pól.
Na Śląsku procesje te miały przede wszystkim charakter błagalny apotropeiczny, ich celem było uproszenie urodzaju, odwrócenie klęsk, chorób inwentarza. Zapoznawano w tym czasie młode pokolenie z granicami wsi i pół.
Warto jednak wiedzieć, że aż do roku 1786 kościól zabraniał objeżdżania pól dla uzyskania płodności i urodzaju widząc w tym wpływ pogańskiego zabobonu.
Coraz częściej zamiast statecznych gospodarzy, konie dosiadali młodzi chłopcy i parobcy to łatwo zrozumiemy iż sakralny charakter zmienił się , jak w każdym niegdyś religijnym obrzędzie w ludyczno zabawowy. Młodzi prześcigali się wzajemnie i zapominali o modlitwach. Jednak już w początku XIX wieku zmieniono owe objeżdżanie pól na procesje błagalne, których głównym celem było uproszenie u Boga urodzajów. Na terenie pogranicza polsko - czeskiego w parafii Pietrowice Wielkie do dziś przetrwała procesja konna. Ma ona jednak inne znaczenie niż wcześniejsze błagalne i apotrofeiczne procesje.
Procesja konna, którą prowadzi siedząc na koniu Ksiądz proboszcz symbolizuje szukanie Boga lub Chrystusa Zmartwychwstałego. Odbywały się również procesje piesze przez trzy kolejne dni. Uczestnicy modlili się o urodzaj, wkładano do ziemi krzyżyki z gałązek poświęconych w niedzielę palmową. Rozpoczynały się w Dniu Św. Jerzego, albo Św. Marka. Przystrajano wtedy krzyże przydrożne, kapliczki kwieciem, gałązkami modląc się o urodzaj. Dawniej patronem koni był Święty Jerzy.
Do niego słano modlitwy, aby zwierzęta były zawsze zdrowe i tym samym pomagać mogły gospodarzom. Nic dziwnego zatem, że czczono w szczególny sposób Świętego Jerzego, a mianowicie składano mu ofiary w imieniu koni i symbol ten był bardzo szeroko stosowany w obrębie różnych wsi.
Jeden z licznych podróżników wędrujących w wieku XVIII po Górnym Śląsku zapisał interesujący nas tu zwyczaj, z którym zetknął się w Ostropie pod Gliwicami, zarejestrował go w następujących słowach:
„Gdyśmy się zbliżali do placu, gdzie miał się odbyć obrzęd, z wszystkich okolicznych wiosek nadjeżdżali dzikim tempem i z głośnymi krzykami chłopi na koniach. Przed kościołem na placu stała na stole przykryta białym obrusem drewniana statuetka Świętego Jerzego, siedzącego na koniu i przebijającego lancą smoka. Obok stały dwa naczynia, jedno na pieniądze, a drugie na jajka. Składanie ofiar trwało od czwartej rana do jedenastej w południe. Jeźdźcy jeden po drugim, zsiadali z koni i trzymając je za uzdę, klękając przed statułą, aby się pomodlić. Następnie w imieniu konia składali ofiarę - albo pieniądze albo jaja. Potem oprowadzali zwierzę w koło cmentarza i kościoła, wreszcie uwiązawszy je, wstępowali do kościoła na mszę i kazanie. Po zakończeniu uroczystości dosiadali koni i znowu pędem odjeżdżali, kierując się w otwartą przestrzeń”.
Opisany czas w drugiej części Opowieści Wielkanocnej pokazuje krótki wycinek tego wszystkiego co stanowi o naszym ogromnym uczestnictwie zwyczajach , obyczajach i obrzędach. A naszą wszystkich powinnością jest ocalić od zapomnienia wszystkiego tego co stanowi o naszej kulturze, wszystkiego tego co w obrzędach, zwyczajach, obyczajach się mieści , co stanowi wielką wartość kultury w społeczeństwie.

                           

 

 

zobacz ulubione
do góry